W pracy korzystam z Probooka marki HP z niesławnym clickpadem od Synapticsa. Maszyna była dostarczona z zainstalowanym Suse Linux Enterprise Desktop. Wszystko fajnie na nim działa (włącznie z clickpadem, do którego producent wydaje sterownik tylko i wyłącznie dla SLED-a), ale ta dystrybucja ma kilka ograniczeń. Po pierwsze jest 32-bitowa. Po drugie fabryczne partycjonowanie jest do kitu i w dodatku nie jest używany LVM. A po trzecie w repozytoriach prawie nie ma dodatkowego oprogramowania. Kameleon zabawił więc na dysku przez jeden weekend i został zastąpiony przez fedorę, głównie dlatego, że po prostu lubię tę dystrybucję :)

Po kilkugodzinnej walce udało się nawet nagiąć do stosunkowo normalnej pracy clickpada (mam normalny prawy klawisz, funkcjonalność środkowego kliknięcia też jest). Nie ma tylko oprogramowania do akcelerometru (da się przerobić oprogramowanie z opensuse, ale powoduje to czasem problemy z usypianiem, które jest dla mnie bardziej istotne niż awaryjne parkowanie głowicy dysku) oraz wyłącznika gładzika. Jak ktoś potrzebuje tych dodatków to polecam opensuse – jest prawie jak fedora ;-) I nawet potrafi się zainstalować na szyfrowanej partycji z LVM.

Ale wróćmy do sedna, którym jest linuksoo(d)porny produkt Synapticsa i ubuntu. Ostatnio wydano Xorg 1.12 i Xinput 2.2 – całość ma podobno obsługiwać bez problemów clickpada. Jak napisał Michael Larabel w serwisie Phoronix, nowe Ubuntu (jeszcze jako beta) zawiera tę wersję X-ów razem z obsługą clickpada, więc stwierdziłem, że w weekend można przetestować jak to działa. Ściągnąłem LiveCD i do roboty. Pojawił się pierwszy problem – domyślna płytka z Ubuntu nie obsługuje instalacji na LVM. A to pech. Na szczęście jest wersja alternate iso – ta już obsługuje co trzeba. Ściągnąłem, wrzuciłem na pendraka i odpalam. Tym razem nie ma trybu graficznego, ale można zainstalować system na LVM-ie. Ale co ja widzę (lub bardziej nowocześnie, „co ja pacze”) – nie można odczytać partycji, bo jest zaszyfrowana (coś normalnego w laptopie, który wędruje ze mną w różne miejsca i na którym trzymam służbowe dane). To też da się rozwiązać – poleceniem cryptsetup. Udało się ostatecznie zainstalować system i nastąpił restart. I tu niespodzianka – nikt i nic nie pyta o hasło do zaszyfrowanej partycji. Po mniej więcej minucie widzę piękny ekran busyboksa, który stwierdził, że nie ma partycji / i mam sobie z tym jakoś poradzić, bo busybox nie umie. To wklepuję cryptsetup luksOpen /dev/sda2 cokolwiek potem pvscan, vgscan, vgchange -a y i można wcisnąć Ctrl+d żeby uruchomić system. Ubuntu się uruchomiło…

Szybki test i okazuje się, że… clickpad działa tak jak standardowo w fedorze, czyli bardziej nie działa niż działa. W dodatku przy każdym uruchomieniu/restarcie laptopa trzeba klepać komendy w busyboksie. W tym momencie odeszła mi ochota na dalsze testowanie Ubuntu. Skoro to taka dobra dystrybucja, która ma być linuksowym odpowiednikiem windowsów to czemu taka prosta sprawa jak szyfrowana partycja powoduje, że systemu nie da się zainstalować w sposób łatwy i przyjemny? W fedorze czy opensuse nie ma z tym problemu – instalator prosi o hasło do szyfrowanej partycji i idzie dalej, a ja mogę sobie przeglądać internety czy robić cokolwiek innego – w końcu mam uruchomione normalne środowisko okienkowe. A po ponownym uruchomieniu wyskakuje monit o hasło do szyfrowanej partycji. I nie ma problemu. A w Ubuntu trzeba ściągnąć specjalną wersję, która nie ma funkcjonalnosci LiveCD. Żenujące…

Właśnie dlatego nie lubię Ubuntu. Bo nie działa. A jest to w końcu najpopularniejsza dystrybucja Linuksa. Zostanę więc z fedorą i „prawie” działającym clickpadem (chociaż te funkcje, których potrzebuję działają zaskakująco dobrze). Jak dla mnie to fedora powinna być tą najbardziej popularną dystrybucją – wszystko działa jak trzeba za pierwszym razem, jest graficzny manager pakietów, repozytoria można sobie w prosty sposób dodawać (klik klik w przeglądarce i po sprawie). I nie uwierzę jak ktoś powie, że to niestabilna dystrybucja – od momentu jak zacząłem jej używać na codzień (od wersji 12, czyli ponad dwa lata) wszystko działa bezbłędnie. Dlatego wszystkim, którzy chcą spróbować Linuksa polecam fedorę. Naprawdę będziecie zadowoleni. Ewentualnie opensuse. To taki windowsowy linux – wszystko można sobie wyklikać, a jak ktoś chce to można poklepać w terminalu. Dodatkowo małe dzieci uwielbiają kameleona z logo dystrybucji ;-)