Dzisiaj miałem okazję zderzyć się z informatyzacją w Zarządzie Transportu Miejskiego przy stacji metra Ratusz Arsenał. Kupowałem bilet miesięczny i potrzebowałem faktury. Nic nadzwyczajnego, zwłaszcza, że wcześniej już kupowałem w tym punkcie bilet i również wziąłem fakturę. Jednak w dniu dzisiejszym sytuacja była nieco inna – obsługiwała mnie pani w środkowym okienku.

– Dzień dobry. Poproszę bilet miesięczny i fakturę.

– Poproszę NIP.

– <podaję nip>

– Hmm, nie mam. Czy brał pan w tym okienku fakturę?

– W okienku obok. Czy to ma jakieś znaczenie?

– Tak, nie jesteśmy połączeni…

Mi szczęka opadła, a pani z okienka wyglądała na zmieszaną.

Tak oto zderzyłem się z informatyzacją po polsku: niby jest, a tak jakby jej nie było. Bo w moim odczuciu ten przykład jest potwierdzeniem braku takowej. Informatyzacją nie będzie fakt posiadania komputera w urzędzie (bo ZTM to prawie jak urząd – w końcu podlega miastu), tylko jego wykorzystanie celem ułatwienia i usprawnienia pracy i obsługi klientów/petentów. A w powyższym przykładzie jakoś to kuleje. Bo jeśli nie ma w punkcie ZTM internetu to pani z okienka w chwilach „wolniejszych” przeradza się w wielkiego szu i niestety nie może pokazać koleżankom i kolegom kto rządzi w mieście, bo nie ma połączenia. A jeśli jednak internet jest (bo jak głosi jedna z sieci komórkowych jest on wszędzie) to naprawdę ciężko mi wytłumaczyć dlaczego pani nie ma połączenia z koleżankami z okienek obok. Chyba, że powodem jest dos-owy program księgowy. Ale to już by była największa porażka w informatyzacji ever.

Zastanawia mnie jeszcze jak rozwiązali kwestie kopii zapasowych i synchronizacji danych. I odmawiam przyjęcia takiej odpowiedzi, że wystarczy wydrukowana wersja faktury. Bo tak.

Z ciekawostek dodam, że można było zapłacić kartą – te działają bezbłędnie. Ale linia telefoniczna została w końcu spopularyzowana w minionym wieku. Mamy więc jeszcze 89 lat do szczęścia i informatycznego eldorado…